W ostatnim czasie sporo debatuje się o statusie Polaków zamieszkałych w Niemczech. Problem dotyczy również takich osób jak ja, która nie ma żadnych korzeni niemieckich i jest po prostu Polką zamieszkałą w Niemczech. Jakoś nigdy do tej pory nie przyszło mi do głowy, by oczekiwać szczególnego traktowania Polaków spośród wielokulturowej społeczności Niemiec. Moja tożsamość narodowa w niczym mi nie przeszkadza w posługiwaniu się językiem serca czy przyznaniem się do kultury i tradycji polskiej.
A… wszystko zaczęło się od listu berlińskiego adwokata skierowanego do kanclerz Angeli Merkel, w którym zwraca się uwagę na niekorzystny bilans dla Polaków wynikający z traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 roku. Ciekawe, że ów adwokat rzekomo legitymujący się, jako reprezentant Polonii do tej pory niezbyt chętnie z nią identyfikował się. Wspomniany list wywołał medialny szum do tego stopnia, że o Polakach w Niemczech zaczęto mówić na najwyższych rządowych szczeblach.
Wielostronne rozmowy zapoczątkowane zostały w Berlinie w dniu 11 lutego br. w Deuschlandhaus z udziałem niemieckiego vice ministra MSW Christoph Bergner, ze strony polskiej obecny był wice minister spraw wewnętrznych Tomasz Siemionom. W spotkaniu udział wzięli również przedstawiciele organizacji polonijnych w Niemczech i mniejszości niemieckiej w Polsce. Przedmiotem rozmów był dotychczasowy bilans i perspektywy zawartego traktatu, a przede wszystkim statutu polskiej mniejszości w Niemczech. Mówi się coraz głośniej, że polityka Niemiec wobec grupy polskojęzycznej pozbawiona jest „analogicznego wsparcia” do udzielanego mniejszości niemieckiej w Polsce.